Tu jestem blisko moich korzeni

Rozmowa z Tomaszem Kłaptoczem, aktorem Sceny Polskiej Teatru Cieszyńskiego.

Muzyka czy teatr – która ze sztuk jest Ci bliższa?

Teraz na etapie, na którym jestem, zdecydowałem się na teatr. W zasadzie można powiedzieć, że to życie za mnie zdecydowało. Mam bowiem dużą rodzinę i nie jestem w stanie sprostać wymaganiom muzyki i teatru jednocześnie. Muzyka daje więcej wolności, jednak z drugiej strony teatr daje możliwość rozwoju osobistego, poznawania literatury, z którą pewnie nie zetknąłbym się, gdybym nie uczestniczył w życiu teatralnym. A poza tym teatr kształtuje mnie jako człowieka, bo te wszystkie role, które tworzę w poszczególnych przedstawieniach, zawsze w mniejszy lub większy sposób wpływają na moje życie osobiste. 

Zanim rozpocząłeś pracę aktora, ukończyłeś szkołę aktorską. Czy do działalności muzycznej też doprowadziła Cię szkoła? 

Nie mam wykształcenia muzycznego, a pierwsze szlify muzyczne zdobywałem jako trzynastolatek w orkiestrze dętej przy Ochotniczej Straży Pożarnej w Mazańcowicach na Śląsku Cieszyńskim, czyli mojej małej ojczyźnie. Gry na waltorni uczył mnie świętej pamięci Franciszek Kuś. Kiedy byłem w siódmej klasie podstawówki, zaczął tworzyć się zespół muzyczny, w którym uczyliśmy się z kolegami grać na innych instrumentach. A że w tym czasie jednym z naszych ukochanych utworów był „Baranek” zespołu Kult, to mogliśmy wykorzystać do grania tego coveru moją umiejętność gry na rogu. Z tego muzykowania z czasem narodził się Akurat. 

Opowiedz o tym, proszę.

Początkiem Akurat był zespół teatralny założony w szkole podstawowej przez panią Krystynę Wronę, później prowadzony przez Panią Agnieszkę Wróbel, a do szkoły aktorskiej poszedłem za radą cudownej nauczycielki, pani Lucyny Kłaptocz. Zespół teatralny nazywał się To my... 

… Naprawdę? Tymczasem blog, na którym publikujemy tę rozmowę, nazywa się „Teatr to my”.

No proszę, jaki zbieg okoliczności (śmiech). Nie ma przypadków. A więc wracamy do korzeni, to się cudownie składa. Nasz szkolny teatr wystawił wiele przedstawień, między innymi „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Ja tam grałem Placka, a kolega z klasy grał Jacka. W tym teatrze był też Piotr Wróbel, który grał na gitarze i on zaproponował wspólne muzykowanie. I tak z zespołu teatralnego To my powstał zespół Akurat.

Od początku nazywaliście się Akurat?

Zasadniczo tak, bo ta nazwa padła na jednym z pierwszych koncertów. Pewnego razu podszedł do nas jakiś organizator i spytał, kogo on ma właściwie zapowiedzieć. A my zrobiliśmy wielkie oczy, bo byliśmy jeszcze bez nazwy, więc trzeba było coś na szybko wymyślić. Wtedy Piotr Wróbel zaproponował to słowo: „akurat”. Od tamtego czasu, a był to 1994 rok, zespół nazywa się Akurat.

Mam wrażenie, że najczęściej realizowałeś się dwutorowo – działałeś i muzycznie, i teatralnie. Na przykład kiedy zespół Akurat zdobywał coraz większą popularność i mieliście za sobą pierwsze występy na Woodstocku, Ty równolegle występowałeś jako aktor w teatrze lalkowym. 

Grałem w Teatrze Dzieci Zagłębia im. Jana Dormana w Będzinie. Kiedy w 1998 roku skończyliśmy dwuletnie studium aktorskie Spot w Krakowie, przyjechał do nas niejaki Michał Rosiński, dyrektor będzińskiego teatru i zaproponował kilku osobom z naszego roku pracę. Pojechaliśmy więc do Będzina. Spędziłem tam dwa lata. Ten teatr jest sprofilowany pod widza dziecięcego, ale Michał Rosiński jako aktor dramatyczny miał wizję, by TDZ grał również dla dorosłych. Natomiast to miasto miało i ma dość specyficzny klimat, a że jest stamtąd blisko i do Katowic, i do Sosnowca, gdzie działają duże teatry dramatyczne, to pomysł pana Michała nie przyjął się do końca. Mimo tego bardzo dobrze wspominam ten czas. 

Na początku XXI wieku powstały legendarne dziś utwory Akurat „Droga długa jest”, „Dyskoteka gra”, „Lubię mówić z Tobą” lub pierwszy utwór, w którym zaśpiewałeś słowa autorstwa Juliana Tuwima, czyli „Do prostego człowieka”. Jednocześnie znów działałeś teatralnie, tym razem w Czeskim Cieszynie. Jak tu trafiłeś?

Fabiola, moja żona, choć wtedy jeszcze nie żona, kupiła mieszkanie w Cieszynie i trzeba było organizować się w tej nowej rzeczywistości. Ciągnęło mnie do teatru dramatycznego, mimo że w Będzinie spędziłem wspaniałe dwa lata. Poza tym wiedziałem, że koledzy z wcześniejszych roczników SPOT-u też odeszli z Będzina do teatru w Czeskim Cieszynie. Pomyślałem więc, że skoro im się udało, to ja też spróbuję i zadzwoniłem do Jerzego Batyckiego, ówczesnego kierownika Sceny Polskiej Teatru Cieszyńskiego. Pan Jerzy widział „Śluby panieńskie” w reżyserii Michała Rosińskiego i zdecydował się mnie zaangażować. 
Pewnego razu podszedł do nas jakiś organizator i spytał, kogo on ma właściwie zapowiedzieć. A my zrobiliśmy wielkie oczy, bo byliśmy jeszcze bez nazwy, więc trzeba było coś na szybko wymyślić. Wtedy kolega zaproponował to słowo: „akurat”.

Czy w trakcie koncertowania z Akurat skosztowałeś popularności i rozpoznawalności? Przecież wasze piosenki nucił wtedy pod nosem co drugi polski licealista.

Pierwszą płytę „Pomarańcza” wydaliśmy w 2001 roku jeszcze w czasach sprzed powszechnego internetu, więc drogi promocji były zawężone, szczególnie, że nie mieliśmy wejść ani do telewizji, ani radia. Pomogło chyba to, że byliśmy takim zespołem studenckim, jeździliśmy na juwenalia i tam rzeczywiście byliśmy popularni. Do wzrostu zainteresowania naszą muzyką przyczynił się też Woodstock, bo po tym festiwalu kluby powoli wypełniały się. Jednak z popularnością nigdy się nie spotkałem. Nie było nam po drodze.
W tym czasie sądziłem, że nagranie płyty w profesjonalnym studiu przez jakiś zespół z podwórka spod Bielska-Białej jest niemożliwe. Jednak udało nam się wydać „Pomarańczę” dzięki Marcinowi Jacobsonowi byłemu menadżerowi zespołu Dżem, który pracował w radiu RMF FM. To był taki nasz wystrzał, który trwał do płyty „Prowincja”, na której najmocniejszą piosenką była „Do prostego człowieka”. Pamiętam ten moment, w którym przyjechaliśmy do klubu Madness we Wrocławiu. W wypełnionym po brzegi klubie mieściło się około 500 osób, a przed wejściem stał sznur ludzi, który nie miał końca. To był dla nas ogromny szok. Pamiętam też emocje, które towarzyszyły temu wyjątkowemu koncertowi. To wtedy ukształtowała się ostateczna wersja „Do prostego człowieka”. Tamta chwila i wiele innych tworzą pozytywne wrażenie, które pozostało mi po naszej współpracy przy Akurat. To był wspaniały czas, mnóstwo pozytywnych emocji, zdarzeń, fajnych ludzi, których spotkaliśmy po drodze. I muszę powiedzieć nawet, że przez te wszystkie lata bycia z Akurat nie brakowało mi teatru i życia teatralnego. Tak byłem pochłonięty przez muzykę.

A więc nasuwa się pytanie, dlaczego odszedłeś z Akurat i wróciłeś do Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie?

Jak to zwykle bywa w zespołach, po latach wspólnej wędrówki pojawiły się różnice, które przekreśliły możliwość dalszej współpracy. 
Teatr daje taką cudowną rzecz, że kształtuje mnie jako człowieka, bo te wszystkie role, które tworzę w poszczególnych przedstawieniach, zawsze w mniejszy lub większy sposób wpływają na moje życie osobiste.

Powrót na prowincję, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, dał Ci wytchnienie?

Właściwie zawsze tu mieszkałem, nie licząc czasów studenckich i dwóch lat spędzonych w Będzinie. W 2008 roku wróciłem do pracy aktorskiej na Scenie Polskiej w Teatrze Cieszyńskim i nie mogę nazwać swojego życia spokojnym. Wysiłku jest sporo każdego dnia, zarówno w pracy, jak i po poza nią. W związku z tym Cieszyn nie jest dla mnie spokojnym miastem. Myślę, że gdybym mieszkał w innym, większym mieście, moje życie wyglądałoby bardzo podobnie. Różnica polegałaby tylko na tym, że dzieci dowoziłbym do szkoły półtorej godziny, a nie pięć minut. 
Największym pozytywem mieszkania w Cieszynie jest to, że jestem blisko moich korzeni. Urodziłem się w historycznych granicach Śląska Cieszyńskiego, w Mazańcowicach. Narzecze, którym mówi się tutaj, jest tym, którego używała moja babcia. Pracując i żyjąc w tym miejscu, czuję się u siebie, niemalże jak w domu. To jest moja ojczyzna, jestem z tą ziemią bardzo związany. Gdy wyjeżdżam na dłużej poza granice naszego Śląska Cieszyńskiego i tracę z oczu góry, to czuję się nieco zaniepokojony. 

Czy zatem w takich przedstawieniach Sceny Polskiej Teatru Cieszyńskiego, jak „Powsinogi beskidzkie” czy „Rajska jabłonka” odwołujących się do lokalnych tradycji tego regionu też czujesz się jak w domu?

„Rajska jabłonka” napisana przez Andrzeja Niedobę w reżyserii Bogdana Kokotka to jest moje najukochańsze przedstawienie z pośród wszystkich, w których zagrałem. Myślę, że cudowną chwilą w teatrze jest ta, w której teatr znajdujący się na tej, a nie innej ziemi dotyka spraw, którymi żyją mieszkańcy. Z resztą na teatralnej mapie Polski jest kilka teatrów, które dotknęły tego tematu, i zawsze wychodziły z tego cudowne przedstawienia. Dlatego „Rajską jabłonkę” uważam za najważniejsze przedstawienie w swojej dotychczasowej działalności teatralnej. Nasze emocje, które pojawiają się w tym spektaklu, w autentyczny sposób jednoczą się z emocjami widzów.

W tym momencie tworzycie faktyczną wspólnotę. To chyba najważniejsze, co może dać teatr.

Takie sytuacje zdarzają się rzadko. Na szczęście w Teatrze Cieszyńskim powstało już kilka przedstawień opierających się na tradycjach ludowych. Jestem za to wdzięczny kierownictwu Sceny Polskiej Bogdanowi Kokotkowi i Joannie Wani, którzy budują repertuar, a także dyrektorowi Karolowi Suszce za to, że wspiera wybory Bogdana i Joanny. Te wszystkie przedstawienia dotyczące ludowości, w których pojawiają się regionalny zaśpiew i tradycyjne obrzędy, powodują, że ludzie to chłoną, ponieważ są z tym związani. Ja to szanuję i uwielbiam tę atmosferę połączenia zespołu teatralnego z widownią. To są niezapomniane i absolutnie emocjonujące chwile.
„Rajska jabłonka” (2016) Sceny Polskiej Teatru Cieszyńskiego.

Wróciłeś na dobre do teatru, ale nie zostawiłeś muzyki. Z czasem stałeś się wokalistą zespołu Buldog, w którym mikrofon przejąłeś po Kaziku Staszewskim.  

Kiedy rozstałem się z Akurat i wróciłem do teatru w Czeskim Cieszynie, myślałem, że to koniec z koncertowaniem. W tym czasie rodzina zaczęła mi się powiększać i nie miałem czasu na obie pasje. Po dwóch latach spotkała mnie jednak niespodzianka. Zadzwonił do mnie menadżer i współzałożyciel zespołu Kult, Piotrek Wieteska, proponując, bym spróbował swoich sił w Buldogu na miejscu Kazika Staszewskiego. Zespół Akurat wiele osiągnął, ale Kult jest pierwszą ligą, moim autorytetem. Stwierdziłem więc, że nawet nie ma co się zastanawiać. Bardzo szybko umówiliśmy się z Piotrkiem na spotkanie w Warszawie, a podczas próby zaczęła pojawiać się między nami chemia, czyli to, co powoduje, że muzyka jest wartościowa. Poskutkowało to w bardzo szybkim czasie nagraniem płyty „Chrystus miasta”, która miała premierę wiosną 2010 roku. To była fantastyczna współpraca, bo w tym czasie pomysły sypały się jak z rękawa. Jednocześnie odkryłem zupełnie nowe przestrzenie muzyczne. 

Jeśli pozwolisz, zakończę rozmowę akcentem teatralnym. Teatr Cieszyński jest dla Ciebie tylko miejscem pracy i zarobkowania czy też miejscem twórczym, w jakiś sposób inspirującym?

Na pewno jest tym pierwszym. Oczywiście, to jest mój etat i robota, z której utrzymuję rodzinę. Jednak to nie jest najważniejsze, bo teatr jest dla mnie w dużym stopniu drugim domem. Tu pokazuję moim dzieciom, co jest dla mnie ważne. A ważne jest identyfikowanie się z miejscem, w którym się jest. Istotne jest też, by dzieci widziały, że wkładam serce w to, co robię, ponieważ praca, współpracownicy i publiczność są dla mnie ważni. Ostatecznie wskazuję moim dzieciom, jak ważna jest dla mnie relacja z Bogiem, tym, który dał mi tę pracę, a także przygotował dla mnie drogę, którą idę z czasem większą, a czasem mniejszą pokorą, ta zaś jest nieodzownym elementem bycia w teatrze.
10 / 03 / 2017
Małgorzata Bryl-Sikorska

Czytaj też:

Co o tym sądzisz