Bez teatru czułabym pustkę

Aktorka Sceny Czeskiej, Jolana Ferencová obchodzi w tym roku jubileusz 20-lecia pracy artystycznej w Teatrze Cieszyńskim. Z tej okazji zadaliśmy aktorce kilka pytań o jej pracę twórczą i życie.

Kiedy zaproponowałam Pani rozmowę z okazji 20-lecia pracy artystycznej w Teatrze Cieszyńskim, była Pani zaskoczona. Tak szybko minął Pani ten czas?

Oczywiście, policzyłam to sobie szybko i zdaję sobie sprawę z okrągłej rocznicy. Niemniej zaskoczyła mnie pani, bo na przestrzeni tego czasu bardzo rzadko udzielałam wywiadów (śmiech). Jestem pod wrażeniem, jak szybko minęło te dwadzieścia lat. 

Czy występowała Pani w tym czasie także na innych scenach teatralnych lub na planach filmowych?

Nie, przyszłam tu, jestem i chcę zostać dalej. Natomiast jeśli chodzi o film, nigdy nie miałam takich ambicji. Owszem, dostałam kilka razy propozycję gry w filmach, ale nie miałam na to ochoty. Moim życiem jest teatr, choć nie studiowałam aktorstwa. W teatrze uwielbiam żywy kontakt aktora z widzem, czego w przypadku filmu niestety nie da się doświadczyć. 

Nie studiowała Pani aktorstwa, zatem jaka była Pani droga do zawodu aktorki? 

Aktorką chciałam być właściwie od zawsze. I gdy przyszedł ten czas, by iść na studia aktorskie, w moim życiu wydarzyło się coś, co wywróciło je do góry nogami. Kiedy zdawałam na JAMU [Janáčkova akademie múzických umění – przyp. red.] w Brnie, okazało się, iż jestem w ciąży. Byłam jeszcze bardzo młoda, miałam zaledwie dwadzieścia lat i nie umiałam wyobrazić sobie, że będę jednocześnie mamą i aktorką. Powiedziałam sobie wtedy: „Trudno, w takim razie będę dobrą mamą”. 

I całkowicie zrezygnowała Pani z aktorstwa? 

Na pewien czas tak. Potem zaszły kolejne zmiany w moim życiu, bo rozwiodłam się z pierwszym mężem. Mniej więcej w tym samym czasie od ówczesnej kierowniczki artystycznej Sceny Czeskiej, Ivany Wojtylovej otrzymałam propozycję gry na deskach Teatru Cieszyńskiego. Co ciekawe, było to przedstawienie „Gazdina roba” (spektakl, który gramy także w bieżącym sezonie artystycznym). Nie odmówiłam, wystąpiłam, a na scenie poczułam się doskonale. Stało się tak zapewne z tego powodu, że teatr to naprawdę moja wielka pasja. Zostałam aktorką na przekór wcześniejszym przeszkodom i postawie mojego ojca, który zabraniał mi aktorstwa. Spełniło się moje marzenie… 
Lenka Waclawiecová i Jolana Ferencová w spektaklu "Deník ničemy" Sceny Czeskiej. Na zdjęciu powyżej Jolana Ferencová w spektaklu "Kočka na rozpálené plechové střeše" Sceny Czeskiej.

Na stronie internetowej Teatru Cieszyńskiego przy Pani nazwisku, w rubryczce „zainteresowania” jest napisane: „Anioły we wszystkich postaciach”. Co to oznacza? 

Ja naprawdę kocham anioły. Szukam i staram się dostrzegać je w życiu, bo sądzę, iż są nośnikami dobrej i pozytywnej energii. Uważam, że każdy człowiek, który ma szansę żyć na tym świecie, ma w sobie coś z anioła. Wszyscy znajomi znają moją pasję, więc pewnie z tego powodu mój dom jest pełen aniołów… (śmiech). 

Grała Pani kiedykolwiek anioła? 

Nie, ale chciałabym zagrać postać, która byłaby posłańcem dobra. Trudno mi sobie wyobrazić taką rolę, ale gdybym mogła kiedyś zagrać bohatera, którego wypowiedzi w sensie pozytywnym mocno dotykają widzów, byłabym szczęśliwa i wdzięczna. 

Na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat zagrała Pani wiele ról. Które z nich były dla Pani najważniejsze? 

Trudną, pełną wyzwań rolą była na pewno Sugar w spektaklu „Někdo to rád horké” (premiera: 2016 rok), którą przejmowałam po koleżance. Musiałam ciężko pracować, bo miałam mało czasu na przygotowanie, rola była rozbudowana, a oprócz kwestii musiałam nauczyć się dwunastu piosenek w języku angielskim, przy czym po angielsku nie umiem powiedzieć ani słowa. Przyznam, że byłam przerażona, w trakcie pierwszego występu trzęsłam się ze strachu, ale ostatecznie dałam radę. Inną rolą, która zapadła mi w pamięć, jest Pan Henri w „Eurydyce” (premiera: 2011 rok). To postać poniekąd związana z aniołem, bo w spektaklu stykają się dwa światy – realny i pozaziemski. Co ciekawe, w „Eurydyce” występowałam w męskim kostiumie, ale nie grałam stuprocentowego mężczyzny, bowiem w mojej postaci pojawiły się zachowania kobiece i specyficzny rodzaj wrażliwości i delikatności. Przedstawienie zapamiętałam też z tego względu, że praca z reżyserem, Franciszkiem Laurinem była bardzo pouczająca. Cenię reżyserów, którzy wiedzą, czego chcą, na próby przychodzą przygotowani, ale też słuchają aktora, podchodzą do niego po ludzku, z sercem i dają przestrzeń na jego inicjatywy. 
Aktorką chciałam być właściwie od zawsze. I gdy przyszedł ten czas, by iść na studia aktorskie, w moim życiu wydarzyło się coś, co wywróciło je do góry nogami.

Znowu odniosę się do rubryczki na stronie internetowej. Pani ulubione miasto do Hukvaldy. Dlaczego? 

To piękne i zielone miasteczko o fascynującej historii. Miejsce o naprawdę pozytywnej energii, w którym można wypocząć. Coś magicznego jest w Hukvaldach, że ciągle się chce tam wracać. 

Myślałam, że to miejsce Pani narodzin. 

Nie, urodziłam się w Trzyńcu. Jednak do ukochanych miejsc na Ziemi chciałabym dodać jeszcze jedno. Kiedy pierwszy raz odwiedziłam Jesioniki [jedno z pasm górskich w Sudetach, w Czechach i częściowo w Polsce – przyp. red.], poczułam ogrom pozytywnej energii. Przebywając tam, odczuwam spokój i niesamowite zespolenie z ziemią. To jedno z takich miejsc, w których człowiek może naprawdę odpocząć. 

Czy coś zmieniło się w Teatrze Cieszyńskim przez te dwadzieścia lat, od kiedy rozpoczęła Pani tu pracę? 

Na pewno jest inaczej, ale trudno mi powiedzieć, czy jest to zmiana na lepsze czy na gorsze. Inaczej są już rozwiązywane kwestie techniczne, inna jest teatralna maszyneria, elementy elektryczne czy powiązane z komputerami. Na pewno nowy sprzęt techniczny ułatwia pracę aktorom. Zmienił się też wiek widzów Sceny Czeskiej, bo ostatnio zaczynają przychodzić do nas młodzi ludzie. Oczywiście pozostali nasi wierni widzowie z najstarszego pokolenia, ale pojawiają się też nowi. Myślę, że swoje zrobił urozmaicony repertuar dostosowany do różnych potrzeb. Mamy również w teatrze nowego dyrektora, ale za krótko sprawuje swą funkcję, by można było ocenić jego działania. 

Czy może Pani na koniec dokończyć zdanie: „Teatr jest dla mnie…”? 

Teatr jest dla mnie życiem… Może to za wiele powiedziane, ale na pewno teatr jest czymś, co to życie znacząco dopełnia. Oczywiście, przede wszystkim jestem mamą trojga dzieci i żoną cudownego mężczyzny, a rodzina jest dla mnie najważniejsza. Jednak nie potrafię sobie wyobrazić siebie w pracy, która nie byłaby tak twórcza. Z jednej strony myślę, że mogłabym funkcjonować bez teatru, bo i bez niego jestem twórczym człowiekiem, ale z drugiej strony sądzę, że gdybym opuściła teatr, odczułabym ogromną pustkę. 
Jolana Ferencová
06 / 06 / 2019
Małgorzata Bryl-Sikorska

Czytaj też:

Co o tym sądzisz