W złotej klatce – czyli jak (nie) wychować sobie żony

14 grudnia na Scenie Polskiej Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie wystawiono  premierę komedii „Szkoła żon” w reżyserii Bogdana Kokotka. Komedia autorstwa Moliera, jak większość jego słynnych dramatów, była wystawiana na scenie wielokrotnie i pewnie jeszcze długo utrzyma porównywalną popularność, dlatego w każdej interpretacji odbiorcy poszukują czegoś nowego, kreatywnych rozwiązań, odważnych pomysłów, które odróżniałyby dany spektakl od innych. W przypadku omawianego tu przedstawienia mogę zapewnić, że cieszyńska adaptacja wyróżnia się i zapada w pamięć.

Fabuła sztuki nawiązuje do jednej z najbardziej ludzkich emocji – zazdrości. Główną postacią utworu jest Arnolf (Tomasz Kłaptocz), czterdziestoletni mieszczanin, zatwardziały kawaler, który szykuje się do zawarcia małżeństwa ze swoją wychowanką – Anusią (Patrycja Sikora). Arnolf jest bohaterem, który niesamowicie szybko trafia do odbiorców, najpierw wydaje się być po prostu zabawny, lecz z biegiem akcji, wraz z każdym jego niepowodzeniem, wzbudza także litość. Chociaż jest przekonany o wrodzonej niemoralności kobiet, sam zachowuje się okropnie, wychowując sobie dużą młodszą dziewczynę na niewykształconą oraz uległą żonę. Jednak dzięki brakowi typowej komediowości utworu, widz skupia się na subtelnych żartach słownych i zabawnych refleksjach bohaterów, przez co nie nabiera do Arnolfa negatywnych uczuć, lecz chce poznać jego przemyślenia i dalsze posunięcia.  
Największym problemem głównego bohatera jest fakt, iż w swoim planie nie uwzględnił, że Anusia może wykazać się wolną wolą i… zakochać się w synu jego przyjaciela, Horacym (gościnnie Sebastian Magdziński). Dziewczyna, wychowywana pod czujny okiem opiekuna, nie rozumie na początku, co dzieje się między nią, młodzieńcem a Arnolfem. Pomimo że przez cały spektakl, dzięki grze Patrycji Sikory, widzimy, iż Anusia być może wie więcej o życiu oraz tym, co próbuje zrobić Arnolf, niż by się wydawało, dziewczyna dopiero w drugiej części spektaklu zaczyna otwarcie snuć własne intrygi. Widzimy to nawet po zmianie jej kostiumu: zamiast dwóch warkoczy oraz sukienki kojarzącej się z mundurkiem szkolnym, Anusia pojawia się w rozpuszczonych włosach i białej, zwiewnej sukience, w których widać, że jest wolna i niezależna. 
Aktorzy Sceny Polskiej spisali się znakomicie, wcielając się w postacie, które wydały się odbiorcom wiarygodne, a jednocześnie zabawne oraz interesujące. Od długich emocjonalnych monologów po zabawne dialogi z mnóstwem porozumiewawczych spojrzeń rzucanych w stronę widowni, wszyscy wykazali się kunsztem aktorskim, szczególnie biorąc pod uwagę trudny język sztuki. Swą grą aktorzy sprawili, że nawet postacie typowo komediowe nie sprawiały wrażenia zbytnio karykaturalnych czy też na siłę śmiesznych. 
Scenografię (Bogdan Kokotek) utrzymano przede wszystkim w złocie oraz czerni i podzielono na dwa główne punkty na scenie. Pierwszym był dom Arnolfa, w którym mieszkała Anusia wraz z dwójką służących – Grzelą (Łukasz Kaczmarek) i Agatką (Joanna Gruszka). Domostwo do złudzenia przypominało złotą klatkę, co ma zapewne symbolizować uwięzienie i utrzymywanie dziewczyny w niewiedzy. Potwierdzenie tego znajdujemy w fakcie, że od kiedy Anusia ukazuje się nam w jej nowym, „wyzwolonym” kostiumie, nie wraca już do swojego „domu”. W drugim wyeksponowanym punkcie sceny znalazło się bezlistne, złote drzewo, w przestawieniu użyte jako miejsce, skąd Horacy informuje ukochaną o swoim przybyciu. To drzewo przypomina rogi, o których Arnolf mówi, że „nawet małżeństwo mu nie przyprawi”. Dopełnienie scenografii stanowiło oświetlenie, które przez większość scen było ciepłe i idealnie podkreślało złote elementy, a w scenach rozgrywających się w nocy, zmieniało się na ciemnoniebieskie i kontrastuje z nimi.
Bogdan Kokotek w swojej inscenizacji starał się uwspółcześnić dramat napisany ponad trzy wieki temu, lecz nie uczynił tego niestety w każdym aspekcie spektaklu. Mam tu na myśli rozwiązania kostiumograficzne (Agata Kokotek). Niektóre postacie, na przykład Horacy, otrzymały kostiumy współczesne, mające oddać ich charakter, lecz inne pozostały przy imitacjach XVII-wiecznych ubiorów. Postacie młodsze – para zakochanych – zostały ukazane w ubiorze współczesnym, aby widz mógł się bardziej z nimi utożsamić, zobaczyć, iż problematyka jest uniwersalna oraz odróżnić ich od postaci o bardziej staroświeckich poglądach, odpowiednich epoce Moliera. Natomiast w przypadku Horacego czarna skórzana kurtka i glany miały również ukazać jego bunt właśnie przeciwko tradycji. Jednak w przypadku niektórych – Arnolfa i pary służących – kostiumy niekoniecznie wyglądały współcześnie, lecz nie były również imitacją XVII-wiecznych ubiorów, przez co widz mógł się zagubić w symbolice ubiorów postaci. 
Z oryginału komedii w adaptacji Sceny Polskiej pozostał archaiczny język, który nie do końca współgrał dobrze z współcześnie ubranymi postaciami, wydawał się bowiem być w ich ustach nienaturalny i wymuszony. Dodatkowo dla widza nieobytego z językiem epoki Moliera może być to przeszkoda nie do pokonania w przyswojeniu historii bohaterów. Czy jednak sztuka zyskałaby na nowym, współczesnym tłumaczeniu? Nad tym właśnie pytaniem może zastanowić się widz po i tak ciekawej oraz inspirującej adaptacji.   
05 / 01 / 2020
Martyna Dorda

Czytaj też:

Co o tym sądzisz