Teatr w ciągłej drodze do widza 

Rozmowa z dyrektorem Teatru Cieszyńskiego Karolem Suszką.

Teatr jeżdżący do swoich widzów i sprowadzający ich do siebie podstawianymi autobusami, teatr sprzedający bilety na przedstawienia za pomocą systemu abonamentów, teatr posiadający wiernych widzów, którzy nie opuszczają żadnej premiery. Porozmawiajmy o specyfice Teatru Cieszyńskiego, którego wszystkie trzy sceny (w tym polska) utrzymywane są obecnie z dotacji z Urzędu Województwa Morawskośląskiego w Republice Czeskiej.

Zacznę od abonamentów. To rozwiązanie wynikło z ekonomicznej konieczności. W pewnym momencie Czeski Cieszyn nie będąc miastem powiatowym, stanął przed wyzwaniem utrzymania dwóch scen: polskiej i czeskiej, a organizatorzy zastanawiali się, co zrobić, by zapewnić tak zwaną ekonomiczną kontynuację Teatru Cieszyńskiego. W Republice Czeskiej kładzie się bowiem duży nacisk na ekonomię i jeżeli działalność teatru wykracza poza założony budżet z takich czy innych powodów, momentalnie jest wymieniane kierownictwo. A jeśli zmiany personalne nie pomagają, bo władze stwierdzają, że prowadzenie dalszej działalności ekonomicznie nie opłaca się, to wtedy teatr zostaje zamknięty. Taką sytuację mieliśmy latach 1956 – 1957, kiedy zamknięto tu parę teatrów. Wtedy też kierownicy poszczególnych scen Teatru Cieszyńskiego wymyślili, że abonamenty mogą dać tą ekonomiczną stabilność.

A jak widzowie zareagowali na tą abonamentową akcję?

Nieufnie. Ówczesny kierownik artystyczny Sceny Polskiej, a zarazem jej założyciel, jeździł (często na rowerze) od wsi do wsi, od domu do domu i namawiał potencjalnych widzów na kupno abonamentu teatralnego. Miał duże osiągnięcia w tej działalności, aliści pan Władysław Niedoba był niesamowicie charyzmatyczną osobą i w zasadzie nikt mu nie odmawiał.

Z jego nieraz bardzo emocjonalnych odezw do mieszkańców, między innymi na łamach lokalnej gazety „Głos Ludu”, wynika jednak, że zainteresowanie abonamentami nie zawsze było takie, na jakie liczyło kierownictwo teatru.

Właśnie, nieraz słyszę wypowiadane z rozrzewnieniem zdania: „Kiedyś to było zainteresowanie teatrem... Kiedyś to była wspaniała widownia... Kiedyś to było, ach kiedyś to było...”. Wydaje mi się lekką przesadą stwierdzenie, że kiedyś publiczność pchała się do teatru drzwiami i oknami. Sam jeździłem z tymi abonamentami i w jednej wsi sprzedaliśmy trzysta abonamentów, a za rok zostało już tylko pięćdziesiąt. Zatem rodziło się pytanie, jak to jest z tą Sceną Polską, że z jednej strony tak bardzo jej chcemy, a z drugiej strony po roku rezygnujemy z dalszego uczestnictwa w jej przedstawieniach? To mi ciągle nie daje spokoju i zastanawiam się, czy przypadkiem Scena Polska nie była bękartem tego społeczeństwa? Czy aż tak jej chcieliśmy? A może to tylko inicjatywa paru zapaleńców – aktorów, kierownictwa, które walczyło o jej przetrwanie? A może były inne powody, o których wtenczas nie miałem pojęcia? Może fenomen Sceny Polskiej tkwi od samego początku w niesamowitym zaangażowaniu aktorów i niebywale wysokim poziomie artystycznym tego malutkiego zespołu, którego właśnie siła artyzmu potrafiła i stale potrafi pokonać wszelkie drobne niepowodzenia artystyczne czy „przeciwności losu”. To są takie dylematy. Pamiętam, gdy jechaliśmy na wyjazdowe przedstawienie, między kolegami pół żartem, pół serio powtarzaliśmy: „Żeby tylko nie było sznajdra”. Sznajder, czyli dzisiaj nie gramy, ponieważ maluczko widzów na sali. Dziękować, iż tego rodzaju dylematów w tej chwili nie mamy.
Próba czytana do pierwszego przedstawienia Sceny Polskiej „Wczoraj i przedwczoraj” w Czeskim Cieszynie, 1951 r.

Współcześnie, kiedy kurtyna idzie w górę, aktorzy widzą widownię wypełnioną najczęściej co do jednego miejsca.

Niesamowicie mnie to cieszy, bo nie ma nic gorszego dla aktora, jak pusta widownia. Koledzy przyjeżdżający do nas z polskich teatrów zastanawiają się, jak my to robimy, że i po premierze mamy wypełnioną salę. A system abonamentowy? Pozostał jako wyraz szacunku do tradycji, a zarazem ciągle daje nam ekonomiczne bezpieczeństwo.
Nieraz słyszę wypowiadane z rozrzewnieniem zdania: „Kiedyś to było zainteresowanie teatrem... Kiedyś to była wspaniała widownia... Kiedyś to było, ach kiedyś to było...”. Wydaje mi się lekką przesadą stwierdzenie, że kiedyś publiczność pchała się do teatru drzwiami i oknami.

Kto pośredniczy między teatrem a widzami w tym systemie abonamentowym?

Dawniej byli to działacze z Miejscowych Kół Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego [największe polskie stowarzyszenie w Republice Czeskiej, które w 2017 roku obchodzi 70-lecie działalności – przyp. M.Bryl]. W każdym z tych kół na Zaolziu była osoba odpowiedzialna za kontakty ze Sceną Polską, która dbała o promocję i nagłaśniała kolejne premiery. Z biegiem czasu to zmieniło się, bo obecnie mamy niezły system w samym teatrze. Zawiadamiamy widzów z abonamentem oraz piszemy listy do nowych osób, zapraszając je do nas. W zasadzie od kilku lat liczba wykupowanych abonamentów jest na tym samym poziomie, a nawet zaobserwowaliśmy niewielki wzrost. Bardzo mnie to cieszy, zważywszy na ubytek Polaków na Zaolziu. 

Padają jednak zastrzeżenia, że na widowni przeważają seniorzy i trzeba by jeszcze odmłodzić publiczność Teatru Cieszyńskiego. 

Młodzież chodzi na nasze przedstawienia. Młodzi grupowo przychodzą do Teatru Cieszyńskiego ze swoich szkół, więc nie pójdą później na to samo przedstawienie ze swoimi rodzicami. Do piątej klasy dzieci oglądają przedstawienia Sceny Lalek „Bajka” grane w dwóch wersjach językowych, a później jako starsi uczniowie przychodzą na spektakle Sceny Czeskiej lub Sceny Polskiej. Nie chcę powiedzieć, że uczymy ich uczestnictwa w tutejszym życiu teatralnym, bo to jest pompatyczne stwierdzenie i trochę na wyrost, ale tak mi się wydaje, że coś w tym jest. Młodzi, po zakończeniu obowiązku szkolnego, kiedy kończą gimnazjum, wyjeżdżają z Zaolzia na studia [w Republice Czeskiej gimnazjum to odpowiednik polskiego liceum – przyp. M.Bryl]. Potem wracają lub nie wracają, ale ci, którzy jednak tu powracają, zakładają rodzinę i osiedlają się. A wiadomo, jak to w życiu jest: dużo pracy, często do wieczora, opieka nad dziećmi, doglądanie domu i nie ma czasu na teatr. Kiedy jednak ich dzieci podrosną, dom zbudowany, znów zaczynają do nas przychodzić i mówią: „Matko, ja chodziłem do tego teatru 25 czy 35 lat temu”. I tak zatacza koło ten nasz teatralny cykl.
Zespół wraz ze swoim kierownikiem Władysławem Niedobą (pierwszy z lewej) zaraz po przedstawieniu „Rebelia w Ligocie”, 1960 r.

Teatr Cieszyński wyjeżdża też z przedstawieniami do swoich widzów w sąsiednich małych miejscowościach. To kolejna specyficzna cecha tej sceny teatralnej. Ładujecie do autobusów cały sprzęt, kostiumy, scenografię i jedziecie do swojej publiczności.

Od samego początku byliśmy nastawieni na ten kierunek: nie widz do teatru, ale teatr do widza. Tę formułę wyjazdowych przedstawień utrzymujemy od początków aż do dzisiaj, z tego względu że są to zdarzenia niezapomniane i dla widza, i dla nas. Proszę sobie wyobrazić, że w Mostach koło Jabłonkowa (to jest ostatnia zaolziańska wioska przed granicą ze Słowacją) była babcia, która przychodziła na każde nasze przedstawienie. Szła dwie godziny z gór niezależnie od pogody, czy mróz, czy śnieg, czy deszcz, czy słońce. Kaziu Czapla, w obecnej chwili jeden z pierwszych aktorów Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, wspomina, że po przedstawieniu „Znachora” owa babcia wręczyła mu worek jabłek i w podzięce go przeżegnała. Do dziś ma łzy w oczach, gdy o tym opowiada. Kiedy babcia zmarła, cały zespół Sceny Polskiej pojechał na jej pogrzeb. 
Kiedyś graliśmy te przedstawienia niemal w każdej miejscowości, wszędzie tam, gdzie był dom Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego, a w nim choćby mały kawałek sceny.

W tych wyjazdowych przedstawieniach czasem brała też udział Irena T. Sławińska, wybitna teoretyk literatury. W jednej z recenzji na łamach „Trybuny Śląskiej” napisała, że aktorom Teatru Cieszyńskiego wystarczy drewniana beczka, na którą mogą wskoczyć i w ten sposób zacząć swoje przedstawienie. 

Dokładnie tak, na tych spektaklach panowała niepowtarzalna atmosfera. W czasie gry „Ślubów panieńskich” Aleksandra Fredry świecili lampą karbidową, która w pewnym momencie zgasła...

… tak, znam tę anegdotę doskonale, jedna z moich ulubionych.

No więc lampa nagle zgasła, a zarządca budynku nic sobie z tego nie robiąc, wspiął się na scenę, przesunął aktorów, ustawił sobie stołek, a kiedy zapalił lampę, poklepał aktorki po plecach i powiedział: „No, grejcie dali”.  
Wyjazdowe przedstawienie „Rozmowy przy wycinaniu lasu” grane plenerowo w Koszarzyskach, 2007 r. 

A teraz? Jak jest współcześnie z wyjazdami do pobliskich miejscowości?

Nasze kochane władze w końcu stwierdziły, że aktorom nie wypada produkować się w takich warunkach. W związku z czym wybudowali wielkie domy kultury: widownia na 700 miejsc, marmury, granity, złoto, kryształy. Zatem „babcia”, która przychodziła do tej swojej salki, naraz znalazła się w czymś zupełnie obcym. Takie obiekty powstały między innymi w Orłowej, Trzyńcu, Karwinie czy Hawierzowie. Wtedy właśnie skończyło się granie w Nawsiu, Gródku, Jabłonkowie czy Mostach koło Jabłonkowa. Kiedyś jak na taką salkę przyszło 50 czy 80 osób, to było pełno, a proszę sobie wyobrazić 60 osób na widowni, która może pomieścić kilkaset widzów. Uważam, że to była dla nas wielka krzywda, bo ten teatr skierowany do widza stracił przez to swoje przesłanie. 
Jednak teraz przyszła nowa generacja, której nie przeszkadzają te granity i marmury. Aktualnie gramy wyjazdowe przedstawienia w Trzyńcu, Karwinie, Hawierzowie, Orłowej, a czasem też w Wędryni, gdzie zachowała się jedyna stara czytelnia. Aktualnie podróżują wszystkie trzy sceny Teatru Cieszyńskiego. Scena Czeska ma większe pole do obsłużenia z tego powodu, że wykracza poza obszar Zaolzia. Należy też podkreślić, że te autobusy kursują w obie strony. Często bowiem wypożyczamy autokary, które przywożą widzów do naszego teatru, co prawdopodobnie jest kolejnym ewenementem. 
Była babcia, która przychodziła na każde nasze przedstawienie. Szła dwie godziny z gór niezależnie od pogody, czy mróz, czy śnieg, czy deszcz, czy słońce.

Równolegle staracie się utrzymywać kontakty z innymi scenami teatralnymi. 

Kiedyś naszym najważniejszym polskim partnerem był Teatr Ludowy z Warszawy, gdzie na stanowisku dyrektora pracował Andrzej Ziębiński, który zakochał się w Teatrze Cieszyńskim i robił wszystko, by promować jego twórczość, a w szczególności projekty Sceny Polskiej. Dzięki niemu jeździliśmy po całej Polsce i nasze przedstawienia były pokazywane na najbardziej prestiżowych festiwalach teatralnych m.in. w Opolu, Toruniu czy Wrocławiu. Jednocześnie Andrzej Ziębiński przyjeżdżał do Czeskiego Cieszyna, by pracować u nas nad przedstawieniami, zasilając grono uznanych reżyserów współpracujących z naszą sceną takich, jak Marek Okopiński, Jerzy Kaliszewski czy Bogdan Cybulski. Ci reżyserzy nie traktowali tej współpracy jako straty czasu czy wyłącznie jako źródła zarobkowania, ale jako wysoce teatralną twórczą działalność. 
Aktualnie brakuje mi tego zainteresowania, jakie zyskaliśmy dzięki Andrzejowi Ziębińskiemu. Teatr Cieszyński powinien pokazywać się na ważnych festiwalach z tego powodu, że musi konfrontować swój poziom z innymi scenami. Oczywiście, polski teatr idzie zupełnie innymi torami niż podąża nasz teatr – dzieje się to z różnych powodów. Wybitny teatrolog, profesor Emil Orzechowski twierdzi, że Scena Polska zasługuje na miano polskiego teatru narodowego, z tego powodu że wie, dla kogo gra, rozumie, na ile ją stać i zdaje sobie sprawę, po co tu jest. To są te trzy warunki, dla których wciąż działa ta jedyna na świecie profesjonalna polska scena teatralna poza granicami Polski. 
22 / 03 / 2017
Małgorzata Bryl

Czytaj też:

Co o tym sądzisz