Zegadłowicz przynosi szczęście tej scenie

Scena Polska Teatru Cieszyńskiego właśnie wystawiła trzecią inscenizację bazującą na literaturze twórcy okresu międzywojnia Emila Zegadłowicza pt. „Lampka oliwna”. Z tej okazji 13 października w Czeskim Cieszynie gościła jego wnuczka, Ewa Wegenke, z którą udało nam się przeprowadzić rozmowę.

Aktorzy Sceny Polskiej, którzy zagrali w „Lampce oliwnej”, właśnie zeszli z desek scenicznych. Jakie są Pani wrażenia na gorąco po tym przedstawieniu?

Ewa Wegenke: Przede wszystkim bardzo żałuję, że nie mogłam być na premierze, ale cieszę się, iż jestem tu dzisiaj. Powtórzę to, co powiedziałam już aktorom. Sztukę „Lampka oliwna” doskonale znam. Pamiętam opowieści na jej temat, bo przecież w domu zawsze dużo rozmawiało się o twórczości dziadka. Nie przypuszczałam, że znając treść sztuki, będę oglądać z tak ogromnym napięciem interpretację Sceny Polskiej. Czekałam z przejęciem na każdą kolejną scenę i podziwiałam fenomenalną grę aktorów. Twórcy pokazali w sposób głęboko ludzki stan duszy od zdenerwowania aż do wyciszenia, w zależności od tego, czego wymagała dana scena. Muszę powiedzieć, że jestem pełna zachwytu. Z resztą nie pierwszy już raz, bo mam to szczęście, że Scenę Polską odwiedziłam już wcześniej.
Zaraz po wystawieniu „Lampki oliwnej” Ewa Wegenke spotkała się twórcami Sceny Polskiej.

Czy widziała Pani dwa wcześniejsze przedstawienia w Teatrze Cieszyńskim bazujące na dziełach literackich Pani dziadka?

Oczywiście, widziałam „Głaz graniczny” i „Powsinogi beskidzkie”. Na „Głazie granicznym” wystawionym w Czeskim Cieszynie byłam z moją nieżyjącą już mamą. Mimo tego, że była panią w sędziwym wieku, wybrała się do Teatru Cieszyńskiego z dużą przyjemnością. Przeżycie dla niej było tym bardziej niezwykłe, że „Głaz graniczny” był pierwszym przedstawieniem, które zobaczyła w swoim życiu. Była wtedy małą dziewczynką, a mój dziadek stwierdził, że to nie jest sztuka, której nie mogłoby obejrzeć kilkuletnie dziecko. Następnie po wielu latach dziewięcioletnia mamusia trafiła na „Głaz graniczny” grany przez Scenę Polską i to było ostatnie przedstawienie, jakie zobaczyła przed śmiercią. A zatem ta sztuka była swoistą klamrą zamykającą. Potem odbyła się premiera „Powsinóg beskidzkich”, a następnie z dużą satysfakcją odebrałam informację, że „Powsinogi…” zdobyły nagrodę w ramach konkursu „Klasyka żywa”. Cieszę się, iż Zegadłowicz przynosi szczęście tej scenie, ale to nie jest szczęście, które samo spada, a wynika z pracy wspaniałego zespołu, który jest bardzo zgrany, świetnie prezentuje się na scenie, a jego występom zawsze towarzyszy za każdym razem inna scenografia, interesująca reżyseria i muzyka. Jest mi miło, że sztuki autorstwa mojego dziadka są dostrzegane. W okresie międzywojennym miały ogromne powodzenie i były wystawiane na wszystkich najważniejszych polskich scenach, od Lwowa, przez Wilno, Warszawę aż do Krakowa. 
Cieszę się, iż Zegadłowicz przynosi szczęście tej scenie, ale to nie jest szczęście, które samo spada, a wynika z pracy wspaniałego zespołu.

Atmosferę dwudziestolecia międzywojennego przybliża Muzeum Emila Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym koło Wadowic, nad którym sprawuje Pani pieczę. Proszę opowiedzieć o zbiorach mieszczących się w dworku należącym niegdyś do Pani dziadka.

Muzeum powstało samoistnie zaraz po wojnie. Zaczęli tam przyjeżdżać wszyscy znajomi dziadka, którzy szczęśliwie przeżyli okres wojenny. Każdy o każdym chciał się czegoś dowiedzieć. Ja tych początków nie pamiętam, bo urodziłam się w 1946 roku, więc można powiedzieć, że muzeum i ja jesteśmy równolatkami. Stopniowo w ramach możliwości i rosnącego zainteresowania społeczeństwa poszerzaliśmy sale ekspozycyjne. Niestety, wiązało się to z tym, że umierali kolejni członkowie naszej rodziny i te pomieszczenia stawały się w ten sposób wolne. Ponieważ dziadek był z wykształcenia historykiem sztuki, zaś z zamiłowania kolekcjonerem dzieł plastycznych i zawsze był bardzo serdeczny dla wszystkich młodych twórców, dlatego środowisko artystyczne chętnie przebywało w Gorzeniu. Na przykład długo tam gościł Witold Hulewicz, który był pierwszym dyrektorem programowym wileńskiej rozgłośni Polskiego Radia. Muzeum w Gorzeniu prezentuje prace wielu twórców okresu międzywojnia, na przykład Jędrzeja Wowry, jednego z bohaterów „Powsinóg beskidzkich”, Jerzego Hulewicza, Ludwika Miskyego, Józefa Mehoffera, Bronisławy Rychter-Janowskiej czy Władysława Lama. W zasadzie można powiedzieć, że w Muzeum Zegadłowicza najmniej jest Zegadłowicza i poetów, a właśnie zaprezentowane są prace grafików, malarzy czy rzeźbiarzy. 

Z inicjatywy krewnych Emila Zegadłowicza w latach 90. ubiegłego wieku powstała Fundacja „Czartak”. Jakie są główne cele tej organizacji?

Głównym celem działającej do dzisiaj fundacji jest to, by kolekcja zgromadzona w Gorzeniu nie uległa rozproszeniu. Zbiory dziadka zostały już i tak bardzo zubożone w okresie wojny. Ponieważ Muzeum Zegadłowicza na piętnaście lat zawiesiło działalność w okresie gruntownego remontu dworku, Fundacja „Czartak” zajmowała się w tamtym czasie propagowaniem postaci Zegadłowicza i kultury dwudziestolecia międzywojennego. Ferment artystyczny dworu w Gorzeniu Górnym emanował niegdyś na życie kulturalne w całej Polsce, o czym możemy dowiedzieć się z bogatego archiwum mojego dziadka i dawnej korespondencji. Współcześnie przyszłość Gorzenia widzę w dość ciemnych barwach, bo bez pomocy z zewnątrz trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie placówki artystycznej, nawet jeśli są wpływy ze sprzedaży biletów i przekazów jednego procenta podatku.
Ferment artystyczny dworu w Gorzeniu Górnym emanował niegdyś na życie kulturalne w całej Polsce, o czym możemy dowiedzieć się z bogatego archiwum mojego dziadka i dawnej korespondencji. Współcześnie przyszłość Gorzenia widzę w dość ciemnych barwach.

Na szczęście takie inicjatywy jak właśnie zamknięty tryptyk na Scenie Polskiej wspierają propagowanie twórczości Emila Zegadłowicza.

To prawda, jest to bardzo cenne. Ponadto warto przypomnieć, że kilka lat temu Ossolineum wydało „Zmory” Zegadłowicza, a była to książka, która za życia dziadka wywołała skandal obyczajowy. Jednak mimo tych kontrowersji powieść okazała się ponadczasowa i uniwersalna, podobnie jak dramaty. Przecież „Lampka oliwna” napisana gwarą ludową za sto lat będzie tak samo aktualna jak dzisiaj. Wynika to z tego, że natura ludzka jest niezmienna. Możemy podziwiać zdobycze najnowszej technologii, ale człowiek pozostanie taki sam i niezmiennie będą nim miotać podobne emocje. Tutaj widać wielkość twórcy, który potrafił to dostrzec i nie stał się gwiazdą jednego sezonu. 
Kierownik artystyczny Sceny Polskiej, Bogdan Kokotek wita na widowni Ewę Wegenke tuż przed rozpoczęciem spektaklu „Lampka oliwna”.
19 / 10 / 2017
Małgorzata Bryl-Sikorska

Czytaj też:

Co o tym sądzisz