W tym szaleństwie jest metoda

Rzutem na taśmę publikujemy ostatnią recenzję przedstawienia wystawionego podczas Festiwalu Teatrów Moraw i Śląska. Przedostatniego dnia festiwalowego, 10 listopada na deskach Teatru Cieszyńskiego zaprezentował się zespół Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego z Płocka z przedstawieniem „Poskromienie złośnicy” według Williama Szekspira. 

To mogło być kolejne przedstawienie grane „po bożemu”, w epokowych strojach, z niespecjalnie interesującą scenografią-tłem dla komediowych zmagań trącących myszką postaci. Ale nie było, choć wiele wskazywało, że tak będzie. Oto dyrektor Marek Mokrowiecki wchodzi na scenę i uprzejmie dziękuje dyrektorowi Karolowi Suszce za zaproszenie na festiwal, a po chwili zaczyna streszczać widowni szekspirowską sztukę. Ot, drętwa teatralna pogadanka przed spektaklem. Tymczasem publiczność nie ma jeszcze pojęcia, że przedstawienie już trwa. Nagle wywód Mokrowieckiego zostaje brutalnie przerwany przez aktorów, którzy robią straszliwy rumor, wchodząc w przestrzeń teatralną bocznymi drzwiami. – Nie no, przecież ja nie mogę pracować w takich warunkach! – krzyczy Mokrowiecki i poirytowany schodzi ze sceny, nie kończąc swojego referatu. Przedstawienie zaczyna się w sposób szalony i to szaleństwo zostanie utrzymane do samego końca. 
„Poskromienie złośnicy” Teatru Dramatycznego z Płocka.
Przedstawienie w reżyserii Marka Mokrowieckiego Teatr Dramatyczny z Płocka przygotował wiosną 2016 roku w ramach okrągłej rocznicy 400-lecia śmierci Williama Szekspira oraz na Międzynarodowy Dzień Teatru. Przekład dramatu autorstwa Stanisława Barańczaka zyskał nowe i świeże oblicze dzięki interpretacji Mokrowieckiego. Przypomnijmy pokrótce zarys fabularny sztuki. Bianka – skromna i uległa, obiekt westchnień wszystkich kawalerów z okolicy. Katarzyna – krnąbrna i pyskata, wszystkich ich do siebie skutecznie zniechęciła. Problem w tym, że aby ta pierwsza mogła poślubić swojego „księcia”, najpierw za mąż musi wyjść jej starsza siostra. Tylko jak to zrobić? Czy znajdzie się na tyle odważny młodzieniec, aby zechcieć spróbować okiełznać Katarzynę? Okazuje się, że wszystko jest możliwe, jeśli panna ma odpowiednio duży posag.
Kasia w wykonaniu Sylwii Krawiec to rzecz jasna z początku straszna złośnica i sekutnica, ale jaka! W czerwonej sukience odsłaniającej uda i surowo zaczesanym z tyłu koku wygląda, jakby chwilę temu wyszła z upojnego milonga. Z resztą aktorka także tańczy tango, i to jak tańczy! Wprost nie sposób oderwać od niej oczu. Z kolei Bianka Mai Rybickiej to urocza fajtłapa, toporne dziewczę w trampkach z infantylną buzią wiecznie zapchaną gumą balonową. O ile Kasia wciąż krzyczy i przeklina męski ród, o tyle Bianka przemyka między seksistowskimi scenami, jakby nie rozumiejąc, o co właściwie chodzi jej siostrze. Pokaźne grono adoratorów, które kręci się koło panien, jest doprawdy komiczne. Reżyser raczej celowo robi z nich zgraję błaznów, półgłówków i bezmyślnych „psów na baby”. Podobny jest ojciec dziewcząt (Jacek Mąka), który nie zauważa snutych naokoło niego intryg. Reżyserowi zależy na tym, byśmy ich wyśmiali, więc śmiejemy się coraz głośniej ze sceny na scenę. 
Pokaźne grono adoratorów, które kręci się koło panien, jest doprawdy komiczne. Reżyser raczej celowo robi z nich zgraję błaznów, półgłówków i bezmyślnych „psów na baby”. 
Mokrowiecki zadbał o to, by świat przedstawiony był odpowiednio komediowo wykoślawiony. Akcja rozgrywa się w abstrakcyjnej scenografii (Krzysztof Małachowski) złożonej z ogromnych zwierciadeł i dużej liczby krzeseł, które w zależności od sceny pełnią różne role. O przerysowaniu postaci świadczy ich nienaturalny sposób poruszania się (doskonała praca choreografki Katarzyny Anny Małachowskiej). Na przykład Bianka tańczy, zamiast chodzić, a Biondello (Przemysław Niedzielski), paź jednego z konkurentów Bianki wywija akrobatyczne salta lub rapuje. Dobrze, że reżyser starał się posunąć do ekstremum komediową grę aktorską, ale niestety, szczególnie na początku przedstawienia, nie wszyscy aktorzy grali w ten sam sposób. Jedni pastiszowo przerysowywali swoje postaci, inni byli bardziej realistyczni, więc dało to poczucie niespójności. 
W „Poskromieniu złośnicy” Teatru Dramatycznego z Płocka na plan pierwszy wysuwa się Katarzyna i jej kobieca siła. Interpretacja Marka Mokrowieckiego sprawia, że tylko momentami jej moc słabnie, ale tylko po to, by eksplodować w końcowym monologu ze zdwojoną mocą, a co więcej porwać za sobą inne bohaterki. Według Szekspira wobec kobiecych „fochów” najlepiej uderzyć w stół, bo każda żona powinna w końcu ulec i poddać się mężowi, do którego zawsze należy ostatnie słowo. Płockie „Poskromienie złośnicy” nie dopuszcza do zaszczucia Katarzyny i tak naprawdę nie mówi o poskromieniu. Opowiada o pewnym szaleństwie, w którym jest metoda. A mianowicie o konsekwentnym sprzeciwie wobec seksistowskich postaw, nawet jeśli społeczność będzie z tego kpić i pukać się palcem w czoło. 
„Poskromienie złośnicy”, William Szekspir, reż. Marek Mokrowiecki, premiera: 3 kwietnia 2016, Teatr Dramatyczny J. Szaniawskiego w Płocku, prezentacja podczas 17. Festiwalu Teatrów Moraw i Śląska, 10 listopada 2017, Teatr Cieszyński w Czeskim Cieszynie.
13 / 11 / 2017
Małgorzata Bryl-Sikorska

Czytaj też:

Co o tym sądzisz