Kulisy pracy inspicjentki

Czym właściwie zajmuje się teatralny inspicjent? W kolejnym odcinku reportaży o zakulisowej pracy teatru wkraczamy do królestwa Anny Kaczmarskiej, inspicjentki Sceny Polskiej. Choć widzowie jej nie widzą, czuwa bardzo blisko sceny i aktorów, a żadne przedstawienie nie odbyłoby się bez jej wsparcia.

Jeśli mielibyśmy wyjaśnić w jednym zdaniu, kim jest inspicjent, powiedzielibyśmy, że to koordynator pracy nad spektaklem. Pracuje za kulisami w dosłownym tego słowa znaczeniu, ponieważ jego miejsce znajduje się kilka metrów od sceny. Inspicjentka Sceny Polskiej, Anna Kaczmarska towarzyszy pracy nad spektaklem od pierwszej próby. – Pojawiam się już na próbie czytanej, podczas której otrzymujemy od reżysera scenariusze – wyjaśnia. – Intensywnie pracuję także podczas prób sytuacyjnych, kiedy aktorzy wstają od stołu i zaczynają ćwiczyć poszczególne sceny. Robię notatki na scenariuszu dotyczące szczegółów wejść, zejść ze sceny, a także tego, co aktor konkretnie robi w danej scenie. To na początku pomaga. Natomiast kiedy do prób dołączają dźwiękowiec, oświetleniowiec, rekwizytorka i garderobiane, moja rola polega na wyjaśnieniu im, co i gdzie ma być ustawione. Ważny moment jest na tydzień przed premierą. Podczas tzw. próby technicznej – dodaje.
1. Anna Kaczmarska podczas próby „Klubu kawalerów”, 2. Od lewej: dyrektor teatru Karol Suszka i Anna Kaczmarska podczas próby „Rajskiej jabłonki”.
Czy po doprowadzeniu do premiery inspicjent może iść na zasłużony wypoczynek? Nie, bo dopiero wtedy zaczynają się kolejne ważne wyzwania. – Przychodzę do teatru na godzinę przed premierą. Najpierw sprawdzam scenę, czy wszystko zbudowane jest jak należy, czy jest komplet rekwizytów i, co równie ważne, czy leżą w wyznaczonych miejscach. Później kontroluję, czy przybyli wszyscy aktorzy. Na czterdzieści pięć minut przed premierą muszą być już wszyscy. Jeśli kogoś nie ma, wtedy muszę interweniować i dzwonić. Zdarzyły nam się sytuacje, że aktor zapomniał przyjść na przedstawienie… – wspomina inspicjentka. 
Kiedy widzowie siedzą już wygodnie na widowni i kurtyna idzie w górę, inspicjent odpowiada za to, by wszystko sprawnie przebiegło do samego finału. – Bywają przedstawienia z małą obsadą, kiedy otworzę, zamknę kurtynę i na tym koniec. Jednak zdarzają się też skomplikowane spektakle, podczas których trzeba dbać o tempo. Na przykład w dynamicznym „Skąpcu” Sceny Polskiej, w którym jest scena obrotowa, cały czas stoję za kotarą i pilnuję, czy aktorzy wskakują na kręcące się koło w odpowiednim momencie. Kontroluję też zmiany scenografii, dając pracownikom technicznym różne znaki. Nikt z technicznych nie wykona ruchu, jeśli nie dam sygnału. Porozumiewamy się w różny sposób, czasem gestem, innym razem mrugnięciem latarki. Na przykład jedno mrugnięcie: „przygotuj się”, dwa mrugnięcia: „działaj”. Panowie już wtedy wiedzą, co mają robić – opowiada Anna Kaczmarska.

Inspicjent nie może się pomylić

Anna Kaczmarska jest inspicjentką Sceny Polskiej od dwudziestu lat. – Do Teatru Cieszyńskiego trafiłam jako dwudziestoletnia dziewczyna. Szukałam pracy i znalazłam ogłoszenie, że w teatrze poszukują suflera. Pomyślałam: „Spróbuję”, ale bez większego przekonania. Wcześniej przychodziłam do teatru w ramach wyjść ze szkoły, ale jako absolwentka liceum ekonomicznego nie wiązałam swojej przyszłości z tym miejscem. Stało się jednak inaczej… – opowiada Kaczmarska z uśmiechem. – Przez pierwsze pół roku pracowałam na stanowisku suflera i tylko podglądałam pracę ówczesnej inspicjentki, pani Elżbiety Korduli. Pani Ela z czasem objęła stanowisko inspicjenta Sceny Czeskiej i wtedy ówczesny kierownik artystyczny Sceny Polskiej, pan Rudolf Moliński zaproponował mi stanowisko inspicjenta Sceny Polskiej – dodaje.
Jakie są najważniejsze cechy inspicjenta? – Podzielność uwagi, wielozadaniowość, cierpliwość i jeszcze raz wielka cierpliwość, a także wyrozumiałość.
Jak zaznacza inspicjentka, z czasem ta praca ją wciągnęła. Czy trzeba kochać teatr, by móc w nim pracować? – Myślę, że tak, bo to szczególne miejsce, podobnie jak aktorzy, którzy też są nietypowymi ludźmi. Czasami są jak dzieci, na pewno są bardzo wrażliwi, bywają również egoistyczni. Zagrają swoje, schodzą za kulisy i zaczynają gadać, nie bacząc na to, że na scenie grają jeszcze ich koledzy. Bardzo często zdarza mi się ich uciszać. Inspicjent musi jednak złapać wspólny język z artystami, rozumieć ich potrzeby i absolutnie nie może być podatny na stres oraz szybko się denerwować. W mojej pracy odpowiadam na setki pytań, na które wszyscy oczekują szybkiej i precyzyjnej odpowiedzi. Inspicjent nie może się pomylić… A przecież ja też jestem tylko człowiekiem, mam swoją wytrzymałość, emocje i prawo do pomyłek. Czasami bywa więc trudno… – mówi Anna Kaczmarska.
Jakie są najważniejsze cechy inspicjenta? – Podzielność uwagi, wielozadaniowość, cierpliwość i jeszcze raz wielka cierpliwość, a także wyrozumiałość. Myślę, że te cechy są najważniejsze – odpowiada inspicjentka. 

Teatralna wpadka i co dalej?

Mimo największych starań inspicjenta i całego zespołu pracującego nad przedstawieniem w teatrze zdarzają się wpadki. Czasem mają przebieg humorystyczny, innym razem mrożący krew w żyłach. Najważniejsze jednak, by zachować trzeźwość umysłu i racjonalność działań. – Zdarzyło nam się, że aktorka nie przyszła na przedstawienie. Była to niedziela wieczór, a ona wyjechała, zapominając, że tego dnia gra. Kiedy do przedstawienia zostało pół godziny, wreszcie udało mi się z nią połączyć, a ona z rozbrajającą szczerością stwierdziła, że zapomniała, bo nie zapisała sobie tego kolorowym mazakiem w kalendarzu. Musieliśmy odwołać ten spektakl – wspomina Anna Kaczmarska. 
Podczas "zielonego spektaklu" na scenie wszystko się może zdarzyć, bo żarty robią sobie sami aktorzy...
Innym razem na Scenie Polskiej zabrakło prądu. – Musieliśmy przerwać spektakl, ale na szczęście po dziesięciu minutach udało się go wznowić. Zdarzają się też niesympatyczne zdarzenia. Podczas grania w Hawierzowie na Zaolziu jedna z aktorek zasłabła na scenie, więc musieliśmy przerwać spektakl i zrobić dłuższą przerwę. W tym czasie przyjechała karetka, lekarz dał aktorce zastrzyk i jakoś udało nam się dobrnąć do końca przedstawienia – opowiada inspicjentka.
Czasem posłuszeństwa odmawiają teatralne rekwizyty. – Podczas premiery „Powtórki z Czerwonego Kapturka” pękło łóżko i to w dodatku w scenie, w której próbował się na nie wdrapać wilk z pełnym brzuchem. Najpierw usłyszeliśmy wielkie „trach!”, z kolei aktor nie spadł całkiem na podłogę, ale musiał leżeć w złamanym łóżku i musiało mu być bardzo niewygodnie. Widzowie nie zorientowali się, że coś jest nie tak, ale nam w kulisach trudno było powstrzymać nerwowy śmiech. Z jednej strony było to zdarzenie zabawne, ale z drugiej strony stres, jak my sobie z tym poradzimy – wspomina. 
Ostatecznie żarty trzymają się też samych aktorów, którzy od czasu do czasu pozwalają sobie na różne psikusy. – Najczęściej do takich zdarzeń dochodzi podczas tzw. „zielonego przedstawienia”, czyli spektaklu, który grany jest ostatni raz. Psikus jest zauważalny tylko dla nas, widzowie raczej nie zdają sobie z niego sprawy. Współcześnie takich żartów jest mniej, dawniej była grupa młodych aktorów Sceny Polskiej, którzy uwielbiali robić sobie takie dowcipy. Na przykład zamieniali rekwizyty lub je ukrywali albo wchodzili na scenę z zupełnie inną charakteryzacją. I wtedy kolega sceniczny był wystawiony na egzamin: parsknie śmiechem lub zachowa zimną krew do końca sceny. Do dziś jest taki zwyczaj w teatrze, że na „zielonym spektaklu” zawsze może coś się wydarzyć. Oczywiście, nie każdy pozwala sobie na takie wygłupy, są aktorzy, którzy mogliby się obrazić. Ale to już inna bajka… – inspicjentka kończy z uśmiechem.
29 / 11 / 2017
Małgorzata Bryl-Sikorska

Czytaj też:

Co o tym sądzisz