Lubię oddech eksperymentu

Aktorka, Lidia Chrzanówna przy okazji ostatniej premiery „Tektonika uczuć” świętowała 30-lecie pracy artystycznej na Scenie Polskiej Teatru Cieszyńskiego. W rozmowie opowiada o tym, jak trafiła do Cieszyna, a także wspomina najciekawsze przedstawienia w jej dorobku. „Lubię, gdy w naszym teatrze pojawia się twórca proponujący metody pracy nad spektaklem zaczerpnięte z teatru alternatywnego czy eksperymentalnego” – przyznaje artystka.

Gdybyś nie była aktorką, byłabyś… 

Byłabym w innym miejscu swojego życia i swojej przestrzeni. 

Myślałaś kiedykolwiek o innym zawodzie niż aktorstwo?

Oczywiście, że myślałam. Miałam okres, kiedy czułam się wypalona i potrzebowałam jakiejś zmiany. Jednak powiem szczerze, że nie miałam wtedy pomysłu, kim mogłabym być… Natomiast zanim zostałam aktorką, moi rodzice mieli marzenie, żebym była lekarzem. Chodziłam nawet w rodzinnych Kielcach do klasy licealnej o profilu biologicznym. Ostatecznie, lekarką została moja młodsza siostra, a w przyszłości ten zawód pewnie będzie wykonywać też moja córka. Natomiast ja zdecydowałam w czwartej klasie, że pójdę inną drogą.

Podjęłaś decyzję w ostatnim momencie, tuż przed maturą.

A najbardziej za to wściekła była na mnie nauczycielka biologii. Z mojej klasy na medycynę dostało się około trzydzieści osób na ponad czterdziestoosobową klasę. Nauczycielka śmiertelnie obraziła się na te kilka osób, które wybrały inne studia i stwierdziła, że mamy przychodzić na lekcje z parasolkami, bo nie życzy sobie nas widzieć (śmiech).

Co spowodowało, że nagle skręciłaś z tej drogi zawodowej, o której marzyli rodzice?

To nie jest tak, że skręciłam, bo zawsze zajmowałam się kulturą w różnych miejscach, czy to w jakichś kółkach teatralnych czy kabaretowych. W Kielcach miałam sąsiadów, którzy pracowali w teatrze, w związku z tym chodziłam nawet na próby generalne. Ponadto razem z polonistką chodziliśmy do teatru, ale nie na tak zwane spektakle szkolne, ale wieczorne premiery. Często wybieraliśmy się też do filharmonii. Chętnie uczestniczyliśmy w kulturze, nikt nas do tego nie zmuszał.
Zawsze zajmowałam się kulturą w różnych miejscach, czy to w jakichś kółkach teatralnych czy kabaretowych.

Jak to się stało, że z Kielc trafiłaś do Cieszyna?

Po drodze były jeszcze Będzin i Bielsko-Biała. Zaczynałam w teatrze lalkowym (Teatrze Dzieci Zagłębia w Będzinie), który bardzo mnie fascynował, ale w wymiarze dormanowskim. Jan Dorman założył teatr wyobraźni, przedmiotu i eksperymentu. Nie był to teatr stricte lalkowy. Kiedy skończyłam szkołę aktorską, to miejsce zmieniło się. Nie było już tam ducha eksperymentu, a odgrywało się po prostu kolejne sztuki. Były to niejednokrotnie bardzo ciekawe spektakle, ale ja z czasem fizycznie nie wytrzymywałam animowania lalki. Trzeba mieć naprawdę bardzo dużo siły, żeby przez godzinę w wykrzywieniu kręgosłupa trzymać ręce w górze. Postanowiłam więc spróbować sił w teatrze dramatycznym i trafiłam do Bielska. Potem tam też nadciągnęły zmiany, zmienili się dyrektorzy, a wielu aktorów odeszło z teatru. Pewnego dnia na chwilę wpadłam do Cieszyna… 

… i się zakochałaś w tym mieście.

Pewnie tak, skoro zostałam tu przez ponad trzydzieści lat. Przyjechałam i pomyślałam sobie: „Ojej jakie to cudowne miasto, tak bardzo chciałabym tu mieszkać”. Jeszcze wtedy nie myślałam o związaniu się ze Sceną Polską.
Twórcy „Tektoniki uczuć” tuż po premierowym wystawieniu 25 maja na Scenie Polskiej Teatru Cieszyńskiego.

Tymczasem mija 30 lat Twojej pracy na Scenie Polskiej Teatru Cieszyńskiego. Możesz przypomnieć przedstawienia, które na przestrzeni tego czasu miały dla Ciebie szczególne znaczenie?

Przede wszystkim w pamięci zostają te rzeczy, które są inne. Na co dzień pracujemy z reżyserami, których znamy i którzy nas znają, jednak kiedy do Teatru Cieszyńskiego przyjeżdża twórca z zewnątrz, jest to zawsze ciekawe doświadczenie. Stanowi to dla aktora zupełnie nową sytuację, bo taka obca osoba ma innego rodzaju wymagania. Teatr Cieszyński jest teatrem miejskim i wymaga się od nas gry w pewnej konwencji, dlatego lubię, gdy pojawia się twórca proponujący metody pracy nad spektaklem zaczerpnięte z teatru alternatywnego czy eksperymentalnego.
Spektaklem, który zapadł mi w pamięć, był „Sen nocy letniej” z 2000 roku w reżyserii Roberta Czechowskiego. Reżyser zaczynał próby od tego, że robił z nami rozgrzewkę na boso i wprowadzał ćwiczenia parateatralne. Równie ciekawa była dla mnie praca nad spektaklami reżyserowanymi przez Janusza Klimszę w latach 90. Niejednoznaczne były „Czarna Julka” czy „Przednówek” – to były moje pierwsze spotkania z literaturą tego regionu. W pamięć zapadła mi też „Akademia” z 1994 roku reżyserowana przez Janusza Klimszę. To były zaadaptowane na scenę wiersze Jana Brzechwy dla dorosłych. Reżyser upolitycznił każde słowo z tych wierszy. Powstał spektakl godzący w starszych ludzi, którzy przeżyli komunę. Widownia otrzymała więc mocny policzek. Po tym przedstawieniu nie było oklasków, z czymś takim spotkałam się po raz pierwszy. Pamiętam także spektakl „Osiem kobiet” w reżyserii Moniki Strzępki, która debiutowała na Scenie Polskiej. Było to przedstawienie, które nie doszło do skutku. Dyrektor Karol Suszka stwierdził, że nie dopuści go do premiery, bo obrazimy widownię. 

A co w tym spektaklu było tak obraźliwego?

Paweł Demirski dopisał do sztuki teksty, które w jakiś sposób godziły w tutejsze środowisko. Miał to być naprawdę mocny spektakl, ale nic z tego nie wyszło. Monikę Strzępkę zastąpił Bogdan Kokotek, który w ciągu tygodnia musiał przereżyserować przedstawienie. Jednak doświadczenie pracy z Moniką było wspaniałe, choć ona jest wampirem energetycznym. To jest człowiek, który daje coś od siebie, ale zawsze więcej z ciebie wyciągnie. Byłam totalnie zmęczona po próbach z tą reżyserką. 
Lubię czasem uciec w niesztampowy teatr, choć nie mam nic przeciwko repertuarowi Teatru Cieszyńskiego, bo taki teatr powinien być i jest. Nie wytrzymałabym pracy w takim miejscu jak na przykład Teatr Laboratorium czy Teatr Witkacego w Zakopanem, gdzie każdy kolejny projekt jest eksperymentem i ogromnym wyzwaniem dla aktora.

Jak pracowało Ci się z Pavlem Ondruchem przy najnowszej premierze przedstawienia „Tektonika uczuć” Sceny Polskiej?

Doskonale zrozumieliśmy się i nawet jeśli znajdą się widzowie, którym to przedstawienie nie przypadnie do gustu, to będę ten projekt dobrze wspominać. Pavel bardzo dużo mi dał: z jednej strony wiele swobody, a z drugiej – kontrolę. Wielka szkoda, że ta rola nie będzie mogła rozwijać się, bo po ośmiu wystawieniach przedstawienie zejdzie z afisza. Moja koleżanka aktorka z Rzeszowa żartuje, że po ośmiu spektaklach zaczyna dopiero pamiętać tekst, a u nas już trzeba żegnać się ze spektaklem. Dlatego też staram się najwięcej korzystać z prób. 
Lubię czasem uciec w niesztampowy teatr, choć nie mam nic przeciwko repertuarowi Teatru Cieszyńskiego, bo taki teatr powinien być i jest. Nie wytrzymałabym pracy w takim miejscu jak na przykład Teatr Laboratorium czy Teatr Witkacego w Zakopanem, gdzie każdy kolejny projekt jest eksperymentem i ogromnym wyzwaniem dla aktora.

Wolisz grać pierwsze skrzypce w spektaklu czy realizować się na drugim planie?

W życiu aktora są okresy, gdy gra na pierwszym planie, a potem musi ustąpić miejsca komuś innemu. To nie zależy od aktora i po prostu trzeba się z tym pogodzić. Czy lubię grać pierwsze skrzypce? To wszystko zależy od roli i od tego, co mam do zagrania. Oczywiście, każdy aktor lubi być wyróżniony, dowartościowany przez reżysera i kierownictwo teatru. Jednak pierwsze skrzypce nie są zawsze wdzięcznym zadaniem. Cóż z tego, że jesteś aktorem na pierwszym planie, od którego wszystko zależy, skoro pozostali aktorzy z tobą nie współpracują. Samodzielnie aktor nie jest w stanie nic zdziałać, musi zgrać się ze wszystkimi odtwórcami – i tymi na drugim, i na trzecim planie. Rola pierwszoplanowa to nie monodram. Trzeba słuchać partnerów i to odbierać. Jeśli oni nie stroją, i ty nie stroisz. 

Trzydzieści lat pracy w jednym teatrze. Jesteś pewnie skarbnicą śmiesznych anegdot, jakie wydarzyły się za kulisami. 

(śmiech) Nie jestem dobra w opowiadaniu anegdot. To mi zazwyczaj wszyscy muszą przypominać, że coś zabawnego się wydarzyło. Przypominam sobie, że koleżanka aktorka zemdlała na scenie, a kolega, który grał niewidomego mocno protestował, gdy nagle kurtyna poszła w dół. „Co wy wyrabiacie?!” – krzyczał. My mu tłumaczymy, że przecież Grażyna zemdlała. A on na to: „Naprawdę? Nie widziałem, ale w końcu gram niewidomego, więc to pewnie dlatego”. Innym razem koleżanka, która grała monodram, też była bliska zemdlenia ze zmęczenia i po prostu zeszła ze sceny, mówiąc widowni, że idzie odpocząć i prosząc, by poczekali. Oczywiście, widzowie zaczekali, bo myśleli, że to zdarzenie jest częścią spektaklu. 

A czy Tobie zdarzyła się jakaś wpadka na scenie?

W 1990 roku graliśmy na Scenie Polskiej farsę „Brat marnotrawny”. W jednej ze scen grałam razem z Renatą Dressler, która jest bardzo wysoka i jeszcze do tego stała na schodach. Ja z kolei jestem mała, więc musiałam mocno odchylić się, by spojrzeć jej w oczy. I był taki moment, gdy nagle obie gotowałyśmy się, wybuchając śmiechem. Przydarzało nam się to przy każdym spektaklu. Próbowałyśmy różnych sposobów, by poskromić rozbawienie: grałyśmy tyłem do siebie, bokiem, patrząc w ziemię. Jednak nic nie pomagało. Po prostu przychodził ten moment, a my w śmiech… 

A czy w spektaklu ten fragment był chociaż śmieszny? 

Skądże znowu. Ten fragment był tylko dla nas zabawny i dla nikogo innego. Pozostali aktorzy patrzyli na nas z pogardą lub ze złością, dostawałyśmy kary i wezwania do dyrekcji. Jednak nie mogłyśmy przejść tego momentu bez śmiechu. Nie wiem, z czego my się tak śmiałyśmy, ale wystarczyło tylko spojrzenie na siebie. 
Rola pierwszoplanowa to nie monodram. Trzeba słuchać partnerów i to odbierać. Jeśli oni nie stroją, i ty nie stroisz. 

Postrzegasz swoją pracę jako misję?

Nie. Wiem, że kultura jest ludziom potrzebna, bo tak zostałam nauczona. Jednak nikt nie umrze z tego powodu, że źle zagrałam, najwyżej nie przyjdzie kolejny raz na premierę. Z mówieniem o misji byłabym ostrożna i spoglądam racjonalnie na to, co robię. Oczywiście, lubię ten zawód i nie wyobrażam sobie, żebym miała robić coś innego. Po trzydziestu latach pracy na Scenie Polskiej nadal przeżywam premiery, a kiedy wychodzę na scenę po raz pierwszy w danym spektaklu, odczuwam dreszcz przejęcia. 

Twoje miejsce pracy jest szczególne. Scena Polska ciągle musi przełamywać różne granice, nie tylko te terytorialne. Czy zamieniłabyś ten teatr na inny?

Nie chciałabym zmieniać miejsca pracy. Być może jakaś propozycja z zewnątrz spowodowałaby, że zainteresowałabym się tym na jakiś czas, ale potem chciałabym tu wrócić. W Cieszynie trzymają mnie też więzy rodzinne i koleżeńskie. W tym momencie mojego życia nie mam potrzeby wprowadzania dużych zmian. Scena Polska daje mi możliwość grania i bycia w bezpiecznym środowisku. Być może też z wiekiem przychodzi takie racjonalne podejście do rzeczywistości i niechęć do ryzykowania. Bardzo doceniam fakt, że widownia abonamentowa Sceny Polskiej darzy nasze przedstawienia szacunkiem, a zespół aktorski sympatią. Chciałabym i tego jednocześnie życzę naszej scenie, by cieszyła się większą popularnością wśród widzów z polskiej strony granicy. Moim zdaniem zainteresowanie jest słabe, bo widzowie najzwyczajniej nie wiedzą, kiedy my gramy. Nie każdy wchodzi na strony internetowe, więc potrzeba jest też reklamowania się w terenie. Rozwiązaniem jest także wyznaczenie stałego dnia grania spektakli w języku polskim. Pewnie od razu nie będzie wypełnionej po brzegi widowni, ale z czasem widzowie powinni przyzwyczaić się. 
03 / 06 / 2018
Małgorzata Bryl-Sikorska

Czytaj też:

Co o tym sądzisz