„Těšínské niebo”, czyli spektakl-legenda

W 2018 roku mija dokładnie dziesięć lat, odkąd przedstawienie „Těšínské niebo - Cieszyńskie nebe” w reżyserii Radovana Lipusa zostało zagrane po raz ostatni. Przypominamy spektakl stworzony pod dachem Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie, który poruszył cały Śląsk Cieszyński, a także pytamy o kondycję teatru w regionie i szanse na stworzenie kolejnego projektu teatralnego o takiej sile wyrazu. 

To mogło powstać tylko tutaj

Jak wspominają twórcy przedstawienia i pracownicy Teatru Cieszyńskiego, przygotowania do „Těšínské niebo - Cieszyńskie nebe” ruszyły już na rok przed premierą. – Premiera została zaplanowana na sezon 2003/2004. Zaczęło się od rozmowy z dyrektorem Karolem Suszką, przy której był także Bogdan Kokotek i ja, bo już wtedy pracowałam tu jako kierownik literacki Sceny Polskiej – wspomina Joanna Wania, kierownik literacki Sceny Polskiej Teatru Cieszyńskiego. – Nie było jeszcze scenariusza, był luźny pomysł, który przedstawili Renata i Radovan. Dyrektor zaufał im i pozwolił rozwinąć temat. Z resztą nie było innego miejsca, gdzie ten spektakl mógłby powstać, rozwinąć się – zaznacza. 
Formuła pracy nad spektaklem była otwarta, a tworząca scenariusz Renata Putzlacher notowała wszystkie pomysły. – Scenariusz klarował się podczas prób. Ta praca wyglądała ciekawie, bo sami aktorzy dostarczali anegdot, materiału, historii – przypomina Wania.
Próby spektaklu „Těšínské niebo - Cieszyńskie nebe” w Teatrze Cieszyńskim.
Jednak próby nie należały do najłatwiejszych. Jak mówi Tomaš Kočko, muzyk, artysta teatralny i twórca aranżacji piosenek Jaromira Nohavicy do „Těšínské niebo”, Radovan Lipus musiał dość długo przekonywać aktorów do tego projektu. – To, co pamiętam do dziś, to niedowierzanie zespołu aktorskiego, że nam się uda. Wcale nie było tak, że Radovan i Renata przyszli do teatru i natychmiast wszyscy entuzjastycznie zabrali się za pracę. Początki były bardzo ciężkie, bo ani polski, ani czeski zespół aktorski nie wierzył, że to będzie dobre – twierdzi Kočko. 
Co wpływało na początkową dezaprobatę aktorów? – Zupełnie nowe metody pracy reżysera, który do spektaklu wprowadził trochę teatru alternatywnego, trochę kabaretu, trochę wiersza. Aktorzy przyzwyczajeni do dotychczasowej konwencji gry w Teatrze Cieszyńskim reagowali niechęcią i nie wierzyli w jakość tego, co powstaje. Uwierzyli… dopiero po premierze. Przedstawienie okazało się wielkim sukcesem i zaczęły się wyjazdy zagraniczne. Wtedy już wszyscy bardzo chętnie grali – wspomina Kočko. 

Coś nowego nad Olzą

Twórcom udało się doprowadzić „Těšínské niebo - Cieszyńskie nebe” do prapremiery polskiej i czeskiej, a było to dokładnie 15 maja 2004 roku. Joanna Wania przypomina reakcje widzów: – Już w antrakcie docierały do mnie bardzo pozytywne głosy. Widownia była poruszona, po premierze, w czasie bankietu był jeden wielki zachwyt. Nie wiem, czy to było do końca szczere, może wynikało z pewnej bezradności, jak odnieść się do tego nowatorskiego pomysłu twórców.
Bogdan Słupczyński, twórca, animator i pedagog teatralny z Cieszyna, który także był tego dnia na widowni, przypomina: – W trakcie przedstawienia już wiedziałem, że to spektakl wyjątkowy, wybitny, ważny. Zastanawiałem się, jak przyjmie to miejscowa publiczność. A ona w przerwie jeszcze rozważała, jak się do tego ustosunkować. Szczególny problem z odniesieniem się mieli notable, bo takiego przedstawienia jeszcze tu nie było.
To, co pamiętam do dziś, to niedowierzanie zespołu aktorskiego, że nam się uda. Wcale nie było tak, że Radovan i Renata przyszli do teatru i natychmiast wszyscy entuzjastycznie zabrali się za pracę.
„Těšínské niebo” należy do szczególnych spektakli w historii Teatru Cieszyńskiego. Na czym polega jego wyjątkowość? – Środki reżyserskie zastosowane przez Radovana Lipusa były nowością dla tutejszej publiczności (głównie chodzi o zastosowaną stylistykę teatru studenckiego i alternatywnego; zupełnie nową muzykę (odważne aranżacje Tomaša Kočko); nietypowe rozwiązania scenograficzne – minimalizm rekwizytów, te budowle na głowach jako dominanta, zjeżdżanie lamp i innych elementów z góry, otwarty horyzont sceny; nowość w choreografii, czyli nie taniec, dynamiczny ruch sceniczny). Tego wszystkiego wcześniej tu nie było – wymienia Słupczyński. – Novum była też podjęta tematyka. Nasz teatr opowiedział o tym miejscu, o Cieszynie, o Śląsku Cieszyńskim. Ten spektakl dowiódł, że w ogóle tak właśnie można (jak na przykład w Legnicy) opowiedzieć w teatrze o mieście. Jednak spektakl opowiedział o miejscu, ale nie o ludziach – dodaje. 
Według Joanny Wani największym atutem spektaklu była muzyka. – Zdecydowanie piosenki Jaromira Nohavicy w aranżacji Tomaša Kočko. Chyba nie tekst, nie fabuła, a właśnie te piosenki ostatecznie podbiły serca widowni. Przyczyniły się też do wzrostu zainteresowania twórczością Nohavicy widzów z polskiej strony – zaznacza.

Przedstawienie jak przesłodzona landrynka?

Jak każdy popularny projekt artystyczny, spektakl „Těšínské niebo” wywoływał skrajne emocje. – Oczywiście, były też głosy krytyki. Przedstawieniu zarzucono trzy rzeczy – mówi Joanna Wania. – Po pierwsze, że jest to sielankowa opowieść Śląsku Cieszyńskim, takie ujęcie tematu, które zupełnie nie poruszyło momentów krytycznych w historii relacji polsko-czeskich. Po drugie, nawet jeśli te konflikty polsko-czeskie pojawiały się w przedstawieniu, to były przedstawiane w formule komicznej, jako żart i nie całkiem serio. Po trzecie, zarzucono że wydarzenia prezentowane w spektaklu nie zostały ukazane chronologicznie – wymienia. – Oczywiście, do tych zarzutów odnosiła się autorka scenariusza, że wszystkie te zabiegi były celowe, a więc celowo wyeliminowała kwestię konfliktów polsko-czeskich, celowo też wprowadziła sceny, które nie były ustawione chronologicznie – dodaje. 
Na ten fakt zwraca też uwagę Bogusław Słupczyński: – Faktycznie, spektakl nie porusza historii konfliktów polsko-czeskich, jest bardziej bajkową przypowieścią, pełną melancholii i sentymentów, ale moim zdaniem Renata Putzlacher zrobiła to celowo. Nie mogła napisać innego scenariusza. „Těšínské niebo” to w pewnym sensie pokłosie transformacji ustrojowej, zmian społeczno-politycznych, teatralne określenie miejsca na ziemi, ale też w przededniu wejścia do Strefy Schengen, sztuka wyrażająca optymizm, entuzjastyczne nastroje.
Chyba nie tekst, nie fabuła, a właśnie te piosenki ostatecznie podbiły serca widowni. Przyczyniły się też do wzrostu zainteresowania twórczością Nohavicy widzów z polskiej strony.
Co ważne, spektakl opowiada o miejscu, a nie o ludziach. Słupczyński z przekąsem zaznacza, że gdyby przedstawienie nawiązało do konkretnych nazwisk, nie powstałoby cieszyńskie niebo, a piekło. – Tematyką spektaklu jest miejsce, jego historia, specyfika. Autorka położyła duży nacisk na międzykulturowość, relacje między mieszkańcami. Jednak jest to zrobione bardziej z lotu ptaka, ma uniwersalny, ogólny charakter. Oprócz mieszaniny narodowości: polskiej, niemieckiej, czeskiej, żydowskiej, góralszczyzna została wymieszana z mieszczańskością i z robotniczą przaśnością, a nawet z dawną arystokratyczną dumą, choć ta grupa społeczna jest już najbardziej upiornie nieobecna, jak zombie (zresztą w przedstawieniu pojawiła się o tym piosenka) – wskazuje.
„Těšínské niebo - Cieszyńskie nebe”.

Co dalej po „Těšínské niebo”?

Spektakl „Těšínské niebo” w dziesięć lat po zdjęciu z afisza jest legendą, tak jak wcześniej nią była „Czarna Julka” Janusza Klimszy wystawiana w Teatrze Cieszyńskim w latach 90. ubiegłego stulecia. Zapytałam moich rozmówców, dlaczego od tylu lat w teatrze w Czeskim Cieszynie nie pojawił się kolejny tak mocny spektakl. Niestety, ich prognozy w kwestii rozwoju teatru na Śląsku Cieszyńskim nie są optymistyczne. 
Tomaš Kočko twierdzi, że „Těšínské niebo” bezpowrotnie zeszło z afisza i nie ma szans na powrót. – Kiedy spektakl był wystawiany, nie było jeszcze kawiarni Avion. Właściwie to dzięki temu przedstawieniu kawiarnia została odbudowana. A zatem granice są otwarte, kawiarnia stoi. Marzenia się spełniły. Gdy się spełni twój sen, nie masz już o czym śnić. Teraz czas, żebyśmy zaczęli śnić o czymś nowym – mówi. Jak dodaje, gdyby do teatru przyszedł ktoś z ciekawym scenariuszem, bardzo chętnie podjąłby się współpracy, a najlepiej gdyby był to projekt realizowany w tym samym składzie osobowym: – Nad ponowną współpracą z Radovanem i Renatą nie zastanawiałbym się ani minuty – przyznaje.
Faktycznie, spektakl nie porusza historii konfliktów polsko-czeskich, jest bardziej bajkową przypowieścią, pełną melancholii i sentymentów, ale moim zdaniem Renata Putzlacher zrobiła to celowo. Nie mogła napisać innego scenariusza. „Těšínské niebo” to w pewnym sensie pokłosie transformacji ustrojowej, zmian społeczno-politycznych, teatralne określenie miejsca na ziemi, ale też w przededniu wejścia do Strefy Schengen, sztuka wyrażająca optymizm, entuzjastyczne nastroje.
Joanna Wania również zaznacza, że „Těšínské niebo” przeszło już do historii. – Moim zdaniem spektakl nie mógłby być nadal w repertuarze, bo dotyczy zupełnie innej epoki, która minęła – stwierdza. Co musiałoby się stać, aby w repertuarze Teatru Cieszyńskiego pojawił się kolejny tak dobry spektakl? Jak mówi Wania, potrzebny jest dobry pomysł, a potem równie sprawne pióro, które stworzyłoby scenariusz. – Nie ma w regionie obecnie osoby, która podjęłaby się napisania współczesnej sztuki będącej kontynuacją tematu podjętego przez „Těšínské niebo”. Zgodzę się z tym, że ten spektakl coś zaczął, poruszył pewne struny, ale nie przerobił wszystkich tematów, np. właśnie nie odniósł się do tych kwestii kontrowersyjnych, momentów krytycznych w historii. To ciągle zostaje temat otwarty, wymagający przepracowania przez lokalną społeczność. Zgodzę się, że dobrym miejscem do tego jest teatr, teatr ogólnie, ale i nasz Teatr Cieszyński – dodaje. 
Tylko czy aby Śląsk Cieszyński jest dobrym miejscem na tego typu ambitne projekty teatralne? Bogdan Słupczyński z rezygnacją kręci głową. – Po premierze „Těšínské niebo” pojawiły się głosy, że ten spektakl teraz zmieni Teatr Cieszyński, że ma siłę wpływania na zmiany społeczne w regionie. Porównywałem to wtedy do „Ballady o Zakaczawiu” w Legnicy. Jednak nic takiego się nie stało. Cieszyn i Teatr nie wykorzystali tej szansy. Moim zdaniem zabrakło wtedy jakiejś determinacji, pomysłów i w ogóle przekonania, że warto to dalej ciągnąć w tę stronę – stwierdza twórca, jednak zaraz potem dodaje: – Tak naprawdę trudno czynić z tego jakiś zarzut, wszak prowadzenie teatru to jak żeglowanie XVI-wiecznym galeonem po oceanie XXI wieku. Wszystko trzeszczy i pęka. To cud, że w ogóle to się wszystko kupy trzyma. Dziś, z racji swoich doświadczeń, uważam, że region cieszyński to nie jest miejsce na teatr. Nie ma tu świadomości szerokiego grona odbiorców, potrzeb, nawyków, takiej wrażliwości i duchowości, która umożliwiała powstawanie ciekawych zjawisk – podsumowuje reżyser.
A jednak na tym terenie trudnym dla prawdziwego teatru zdarzają się ciekawe projekty teatralne. Dowodem jest na to spektakl „Těšínské niebo” i twórcy, którzy mimo początkowych przeszkód nie poddali się i spełnili swoje teatralne marzenie. Czy to się jeszcze powtórzy? 
Tuż po premierze „Těšínské niebo - Cieszyńskie nebe”. Twórcy kłaniają się przed publicznością.
10 / 06 / 2018
Małgorzata Bryl-Sikorska

Czytaj też:

Co o tym sądzisz